po nocnej podrozy z Luang Prabang lokalnym autobusem klasy VIP (podali buteleczke wody i ciasteczko) dotarlismy do Vientiane. byly przerwy na papierosy, na cyrklowanie autobusem na zakrecie gorskiej drogi, na posilek w ktorym niestety znalazlam robaka, ktory nie byl jego integralna czescia a raczej stanowil element naplywowy (blee). vientiane nie powala. prawda tez taka, ze tutejsza architektura sakralna, ktora jest glowna atakcja, niestety mnie nie porusza, w zwiazku czym takie miejsa luang prabang, w ktorym bylismy wczoraj, gdzie gwozdziem programu jest przyroda, sa dla mnie zdecydowanie bardziej pociagajace. poza tym - lubie gory. a tam byly piekne gory.
przerwa w relacji na lokalna zywnosc :)
milion smaków na minutę, czyli relacja z wyczekanej i wymarzonej wyprawy do azji. inspiracja dla nazwy niewątpliwie kulinarna bo nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie pozachwycali się tym jak pachną i smakują wietnam, laos i kambodża ale będzie po trochu o wszystkim, nie tylko o jedzeniu :)
wtorek, 8 listopada 2011
Lao.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz